Relacja ze spotkania autorskiego z Jackiem Dehnelem w Poznaniu

Wczoraj byłem po raz bodaj drugi w życiu na spotkaniu autorskim – tym razem z pisarzem Jackiem Dehnelem.

Pana Jacka znam głównie ze statusów na Facebooku i nigdy przedtem nie widziałem go na żywo. Moje wcześniejsze, pierwsze doświadczenie z wieczorkiem literackim nie napawało mnie optymizmem, więc trochę się obawiałem – nadętej, uświęconej atmosfery, patosu, artystowskiego protekcjonalizmu, ostentacyjnego dandyzmu, albo przeciwnie – skandalu, pikiety zgorszonych emerytów, skandowania naszprycowanych białkiem młodzieńców, a w najlepszym razie: nudy.

Czekało mnie bardzo pozytywne zaskoczenie – począwszy od prowadzącego, prof. Piotra Śliwińskiego, którego również widziałem po raz pierwszy, a który do spotkania przygotował się wzorowo i prowadził je z wręcz nieakademicką werwą, poprzez samego autora, aż po publiczność.

Pan Dehnel, nieskazitelnie ubrany, jakby pod linijkę, dopóki się nie odezwał, sprawiał wrażenie własnego rzecznika prasowego – ale to wrażenie szybko prysło. Muszę z podziwem stwierdzić, że autor mistrzowsko balansuje pomiędzy wizerunkiem „dobrze wychowanego młodzieńca, który rokuje” – czym pewnie zjednuje sobie starsze pokolenie i konserwatystów – a „postępowego wywrotowca, który nijak nie wpisuje się w głównonurtową, polską narrację” (patrz również: Robert Biedroń). Proszę sobie tylko wyobrazić, jakich umiejętności dyplomatycznych, jakiego opanowania, jakiej rozważności językowej wymaga łączenie tych dwóch ról.

Jedyny problem polega na tym, że te role przemawiają do dwóch odmiennych mentalności, których w gruncie rzeczy nie sposób pogodzić. Dlatego – moim zdaniem – zarówno pan Dehnel, jak i pan Biedroń, w szerszej perspektywie są skazani na stan społecznego zawieszenia; na rolę niegroźnych osobliwości, odpowiednio: literackiej i słupskiej (a więc nie polskiej); na tkwienie w czyśćcu, z którego jedyna droga prowadzi do piekła albo za granicę – gdyby tylko zwiększyli swoje wpływy, podjęli bardziej zdecydowane działania, albo prezentowali wyrazistsze poglądy. Zresztą z tego, co mówił przynajmniej sam pan Dehnel, wynika, że świetnie zdaje sobie z tego sprawę.

Z czytania samego siebie autor również wyszedł obronną ręką. Uchronił się przed afektacją, pozą, czytał naturalnie, nawet zajmująco. Zachęcił mnie do lektury „Krivoklata”, a to już coś.

czerwiec 2016