O roku 2016

Cóż mogłoby spotęgować wrażenie cofania się historii bardziej dobitnie, niż wznowienie „Przekroju” w formule łudząco przypominającej (poza częstotliwością wydawania) oryginalne pismo Mariana Eilego?

„Przekrój” pierwszy raz znalazłem w latach 90., w mieszkaniu cioci, w postaci starych roczników ułożonych w pryzmy w jednym z pustych pokoi na piętrze. Nie było to pismo skupione na polityce i wydarzeniach, jakim, na dobre i na złe, stało się później, w epoce Piotra Najsztuba i jego następców, ale wciąż przede wszystkim kulturalno-społeczne, z „Filutkiem” na ostatniej stronie okładki. Nie pamiętam, które to były roczniki, ale pamiętam wrażenie oczarowania szatą graficzną, rysunkami, wierszami i niektórymi tekstami, choć byłem chyba za mały, żeby zrozumieć większość z nich. Wraz ze starymi wydaniami „Fantastyki”, leżącymi obok „Przekrojów”, tamten pokój niczym „kapsuła czasu” przenosił mnie kilkadziesiąt lat wstecz, do pierwszych opowiadań o Wiedźminie i czasów literackiej świetności Conana Barbarzyńcy.

Dzisiaj trzymam w rękach nowy-stary „Przekrój”, łączący materiały współczesne i archiwalne, głównie z lat 60, oglądam na YouTube wystąpienie Pani premier, kuriozalne i zalatujące dyktaturą (chyba jeszcze nie prawdziwą, ale przynajmniej kiełkującą), czytam na Facebooku relacje z przepychanek w i pod Sejmem, na Twitterze przyglądam się zwycięstwu Donalda Trumpa w USA, a na Kindlu czytam dzienniki Sandora Marai z lat 40 tak, jakby były pisane dzisiaj, i w tym wszystkim myślę sobie, że bardziej niż za „post-prawdą”, uznaną za słowo roku przez leksykografów z Oksfordu, optowałbym za innym słowem, wytypowanym przez redaktorów Merriam-Webster: „surrealistyczny”.

„Surrealistyczny”, czyli „dziwaczny i absurdalny”, jak chcą autorzy definicji polskiej, albo „wyróżniający się intensywną irracjonalnością jak ze snu”, jak chcą autorzy definicji angielskiej. Takie mam właśnie wrażenie, kiedy patrzę na rok 2016 – jakby to był długi i baardzo dziwny sen.

Anglicy mają inne, ciekawe wyrażenie, mianowicie „wake-up call”, co słowniki tłumaczą po prostu jako „poważne ostrzeżenie”, lub, bardziej opisowo, „zdarzenie, która ma nam pokazać, że trzeba coś zrobić, żeby zmienić sytuację”. Czyli taki dzwonek alarmowy, który powinien nas wyrwać z błogiego snu, bo akurat dom się pali. Mam wrażenie, że w tym roku odezwało się parę takich dzwonków, a my je przespaliśmy. Dlatego życzę sobie i innym, żebyśmy w przyszłym roku w końcu się obudzili.

A przy tym wszystkim nie zapomnijmy o tym, co, jak twierdzi Marai, wie każdy ogrodnik; a wie mianowicie, że:

niezależnie od wojny światowej niezwykle ważne jest, czy będzie deszcz i czy czereśnie nie są robaczywe; wie, co wiedział Goethe, że nakarmić siedmioro dzieci jest ważniejszym zadaniem od zarządzania państwem.

Dbajmy więc o własny ogródek i o najbliższych.

grudzień 2016