O mediach społecznościowych

Media społecznościowe na pewno dały nam jedno: zwodnicze poczucie sprawczości w połączeniu z zabójczą dawką wieści ze świata.

Mogło nam się wydawać, że lajki, komenty i szery mają przełożenie na rzeczywistość, bo decydowały o czyjejś sławie i niesławie, prowadziły do wydania książek i zarabiania prawdziwych pieniędzy. Może czasem jakimś postem udało się komuś pomóc, znaleźć psa, wskazać złodzieja, zebrać fundusze na szczytny cel.

Wszystkie te odosobnione przypadki, pozbawione właściwie kontrprzykładów (bo przecież nie wiemy, ilu spraw nie dało się załatwić, ile fejsbukowych inicjatyw spaliło na panewce), w miarę upływu czasu stworzyły iluzję, że „działania” w internecie mają jakiś sens – jeśli nawet nie zawsze, to przynajmniej bardzo często.

Może dlatego dzisiaj, kiedy na porządku dziennym jesteśmy konfrontowani z niewyobrażalnym ludzkim dramatem, na który naprawdę nie mamy wpływu, tak trudno nam sobie z tą niemocą poradzić.

Co to znaczy protestować przeciwko cierpieniu, a nie tylko przyjmować je do wiadomości?

(…)

Patrząc z bliska na prawdziwe okropności, nie tylko doznajemy szoku, odczuwamy też wstyd. Być może jedynymi ludźmi, którym wolno oglądać obrazy cierpienia tej miary, są ci, którzy mogą coś zrobić, by cierpieniu ulżyć – powiedzmy, chirurdzy w szpitalu wojskowym, w którym wykonano zdjęcie – albo tacy, którzy mogą się czegoś nauczyć. Reszta z nas to podglądacze, czy tego chcemy czy nie.

To Susan Sontag w „Widoku cudzego cierpienia”.

Ciekawe, co powiedziałaby dzisiaj.

grudzień 2016